Strona:Lafcadio Hearn - Czerwony ślub i inne opowiadania.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Służąca zdziwiła się jeszcze bardziej, zaś chłopczyk pobiegł czem prędzej powtórzyć słowa mniszki.
Ale, kiedy ojciec usłyszał te słowa, oczy zaszły mu mgłą i, pochyliwszy się nad synem, zapłakał. Bo on i tylko on jeden wiedział, kto to był u bramy — i on jeden znał wielkość ofiary, jaka się w tem zdarzeniu kryła.
Teraz rozmyśla dużo, ale nikomu nie mówi o czem.
Wie, że bliżej jest z jednego słońca na drugie, niż od niego do kobiety, która go pokochała.
Wie, że naprózno byłoby pytać w jakiem dalekiem mieście, w jakim fantastycznym zaułku ciasnych, bezimiennych uliczek, w jakiej zapomnianej małej świątyńce, znanej tylko najbiedniejszym z biednych, ona czeka ciemności przed Zmierzchem Niezmierzonego Światła — kiedy Twarz Nauczyciela uśmiechnie się do niej — i kiedy Głos Nauczyciela, słodszy i dźwięczniejszy od najdźwięczniejszego głosu ludzkiego, powie jej:
— O, córko moja w Zakonie, obrałaś drogę najlepszą — wierzyłaś i zrozumiałaś prawdę najwyższą — a przeto wyszedłem naprzeciw ciebie, aby cię powitać.

(Kokoro).