Strona:Lafcadio Hearn - Czerwony ślub i inne opowiadania.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a oni dziwili się bardzo, bo w rzeczywistości on spał zaledwie parę minut.
Jeden ze szlachty rzekł:
— Co tu gadać, widzieliście dziwa nielada. Ale i my też widzieliśmy coś niezwykłego, kiedyście wy chrapali. Przez jakiś czas latał nad waszą gębą mały, żółty motylek; przyglądaliśmy się mu, bo nie wiedzieliśmy co zrobi. Usiadł na ziemi przy was, tuż przy drzewie, a jak tylko tam siadł, wyrwała się skądeś taka wielka, wielka mrówka, chwyciła go i wciągnęła do swej dziury. Ale w sam raz, kiedyście się obudzili, motyl znowu z dziury wydarł i zaczął latać nad waszym pyskiem. A potem nagle zginął; nie wiemy gdzie się podział.
— A może to była dusza Akinosuke? — zapytał drugi szlachcic — jabym przysięgł, że ten motyl wleciał mu prosto do pyska… Ale gdyby nawet ten głupi motyl był duszą Akinosuke, to jeszcze wcale jego snu nie tłumaczy.
— Trzeba się spytać mrówek — odpowiedział pierwszy szlagon — mrówki to dziwne stworzonka, kto wie, czy nie jakie duchy… A nuż pod tem drzewem jest jakie wielkie mrowisko?…
— Zaraz zobaczymy! — wykrzyknął Akinosuke, zaniepokojony tym pomysłem.
To rzekłszy, pobiegł po łopatę.
Istotnie, ziemia dokoła cedru i pod nim była w niesłychany sposób wyżłobiona przez olbrzymią kolonję mrówek. Mrówki rozbudowywały się wciąż dalej w jej wyżłobieniach, a ich budowle, wzniesione z trawy, gliny i ździebeł, miały wygląd dziwnych miast. W środku zabudowań, znacznie obszerniejszych niż inne, widać było olbrzymi rój malutkich mrówek dokoła ciała wielkiej mrówki, która miała złociste skrzydła i długą, czarną głowę.
— Cóż znowu? Wszak to król z mego snu! —