Strona:Lafcadio Hearn - Czerwony ślub i inne opowiadania.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stogu, dopuki nie stanął na granicy swych pól. Tam rzucił pochodnię na ziemię i czekał. Tymczasem sługa kościelny, w świątyni na wzgórzu, uderzył w wielki dzwon, a ludzie na wybrzeżu uczynili zadość podwójnemu wezwaniu. Hamaguczi przyglądał się im, jak biegli z piasku wybrzeża i od strony wsi niby mrówki, a w jego strwożonych oczach nie o wiele prędzej, ponieważ każda spóźniona chwila była dla niego wiecznością. Słońce zachodziło; pomarszczone dno zatoki i szeroka, blada, plamista przestrzeń poza nią, leżała naga w ostatnich blaskach ceglastego światła, a morze wciąż uciekało ku horyzontowi.
W rzeczywistości Hamaguczi nie długo czekał na przybycie pierwszej partji, śpieszącej mu z pomocą, — około dwudziestu młodych, zwinnych parobków przybiegło, by natychmiast atakować pożar. Ale stary zatrymał ich, rozkrzyżowawszy ramiona:
— Niech się pali, chłopcy! — zakomenderował — nie szkodzi!.. Chcę, żeby mi się tu zeszła cała mura (gmina), grozi wielkie niebezpieczeństwo — taihenda!
Cała wieś już się zbiegała — zaś Hamaguczi liczył. W krótkim czasie wbiegli na wzgórze wszyscy młodzi mężczyźni i parobcy, a także niemało zwinniejszych kobiet i dzieci, Za tymi przybywała większa część starszych mężczyzn, a także matki z niemowlętami na plecach i nawet dzieci — bo i dziecko może być pomocne w podawaniu wiadra z ręki do ręki; widziało się także i starców, za słabych, aby dotrzymać kroku młodszym, wlokących się powoli, zboczem wzgórza. Wciąż rosnący tłum, nic jeszcze nierozumiejący, patrzył z żałosnem zdumieniem to na płonące pola, to na obojętną twarz swego pana dziedzica.