Strona:Lafcadio Hearn - Czerwony ślub i inne opowiadania.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i ramiona, ale od pasa nadół kształt jej rozpływał się. Był tylko nledoskonałem jej wspomnieniem, przezroczystem, jak cień na wodzie.
Ludzie przelękli się i uciekli z pokoju. Znalazłszy się nadole, zaczęli się naradzać, a wówczas matka meża O-Sono rzekła:
— Kobieta, przywiązana jest bardzo do swych drobiazgów, a O-Sono lubowała się w nich. Kto wie, czy nie wróciła, aby ich pilnować. Wiele umarłych tak robi, o ile się tych rzeczy nie odniesie do najbliższej świątyni. Zdaje mi się, że, jeśli suknie i pasy O-Sono darujemy świątyni, duch jej odnajdzie spokój.
Uchwalono, iż należy to zrobić jak można najprędzej. Wobec tego następnego poranku wypróżniono wszystkie szuflady komody i zaniesiono wszystkie suknie i błyskotki O-Sono do świątyni. Ale następnej nocy ona powróciła znowu i przyglądała się tansu, jak przedtem. I powracała wciąż każdej nocy, aż wreszcie zaczęła wszystkich w domu straszyć.

Matka męża O-Sono udała się do świątyni i, opowiedziawszy kapłanowi o wszystkiem, co się w domu działo, poprosiła o wskazówki przeciwko duchowi. Świątynia ta należała do sekty Dzen, a naczelnym jej kapłanem był uczony staruszek, nazwiskiem Dajgen-Oszo. Ten rzekł:
— Coś w komodzie, albo niedaleko niej, musi ją niepokoić.
— Ależ kiedy my wypróżniliśmy już wszystkie szuflady — odpowiedziała starsza dama — w komodzie nic już niema.
— Dobrze — odpowiedział Dajgen-Oszo — dziś w nocy przyjdę do was, będę czuwał w tym pokoju i zobaczę, co się da zrobić. Pani musi postarać się o to, aby nikt nie wszedł do pokoju, dokąd ja, czuwając tam, sam kogoś nie zawezwę.