Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.



ROZDZIAŁ I
Awanturniczy sąsiad

Było piękne sierpniowe popołudnie. Na czerwonym, kamiennym progu siedziała Ania — smukłe dziewczę lat szesnastu i „pół“, o poważnych szarych oczach i rudych włosach, zwanych przez życzliwe koleżanki kasztanowatemi.
Właśnie postanowiła przetłumaczyć kilkanaście wierszy Wirgiljusza. Lecz sierpniowe popołudnie, kiedy błękitne mgły okalają wzgórza pokryte zbożem, lekki wietrzyk szepce tajemniczo wśród topoli, a szkarłat maków płonie na tle ciemnego gąszczu młodych świerków, nadawało się raczej do marzeń, niż do studjów nad martwym językiem.
To też wkrótce zapomniany Wirgiljusz zsunął się na ziemię, Ania zaś, z głową wspartą na splecionych dłoniach i wzrokiem utkwionym we wspaniałą masę obłoków, kłębiących się, jak wielka biała góra, nad domem pana Harrisona, była daleka od spraw codziennego życia. Bujała właśnie w rozkosznym świecie, gdzie pewna kierowniczka szkoły dokonywała cudów, budując losy przyszłych mężów stanu, wpajając wzniosłe ideały w młodociane umysły i serca.
Coprawda, jeśli trzeźwo spojrzeć na rzeczy — co, należy przyznać, Ani zdarzało się rzadko — mało było prawdo-