Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rozpoczęcia pracy. Ale to wstyd prawdziwy i Dom na pewno wygląda strasznie.
Nieszczęśni Miłośnicy sądzili, że odtąd Avonlea będzie żywiła do nich jeszcze więcej uprzedzeń; tymczasem stało się wprost przeciwnie: sympatja ogółu roztoczyła nad nimi swe skrzydła. Powszechnie mówiono, że ta pełna zapału młódź, co z wytrwałością dążyła do osiągnięcia swych celów, została haniebnie oszukana. Pani Linde radziła im, by nie przerywali działalności i dowiedli Payom, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy umieją nie pokpić powierzonych im spraw. Pan Spencer zawiadomił ich, że na własny koszt wykarczuje pieńki wzdłuż drogi obok swej posiadłości i posieje tam trawę. Stara Slonowa zaś wstąpiła do szkoły i z tajemniczą miną wywołała Anię na dziedziniec, ażeby jej powiedzieć, że jeśli Miłośnicy trwają w zamiarze urządzenia kwietnika na rozstaju dróg, to już ona, Slonowa, ręczy, że upilnuje swej krowy, by ten żarłok nie zniszczył geranjum. Nawet pan Harrison — może zachichotał w cichości, jeżeli wogóle kiedykolwiek chichotał — lecz nazewnątrz okazał wiele sympatji.
— Nie martw się, Aniu — uspokajał. — Większość farb, blaknąc, staje się coraz brzydsza, lecz wasz niebieski jest tak szkaradny, że zczasem może tylko wypięknieć. Zato dach jest pokryty zupełnie dobrze. Nie będzie się już narażonym, tak jak dawniej, na to, że kapie z sufitu. Bądź co bądź, dokonaliście niemało.
— I cóż z tego, kiedy niebieski Dom Ludowy w Avonlea stanie się przysłowionym w całej okolicy — zauważyła Ania z goryczą w głosie.
Niestety, przewidywania jej spełniły się co do joty.