Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dobnego? Ja również powiedziałam kiedyś pani Linde parę przykrych słów, ale to dlatego, że straciłam panowanie nad sobą.
— Rzekłem jej prawdę, a prawdę należy każdemu mówić w oczy.
— Ale pan nie mówi całej prawdy — zaprzeczyła Ania, — pan mówi tylko nieprzyjemną część prawdy. Naprzykład powiedział mi pan już z dziesięć razy, że moje włosy są rude, ale ani razu, że mam ładny nos.
— Przypuszczam, że wiesz o tem i bez mojego powiedzenia — zaśmiał się pan Harrison.
— O rudych włosach wiem również — nawiasem mówiąc, są wiele ciemniejsze, niż były dawniej — więc niema potrzeby wspominania o tem.
— Dobrze, już dobrze. Postaram się nie mówić o tem, skoroś taka wrażliwa. Wybacz mi, Aniu. Przyzwyczaiłem się do szczerości, i ludzie nie powinni mi tego brać za złe.
— Ależ muszą brać za złe. Okoliczność, iż jest to pańskie przyzwyczajenie, nie zmienia postaci rzeczy. Coby pan powiedział o człowieku, który wtykając ludziom szpilki za skórę, tłumaczyłby się: „Nie pamiętajcie mi tego, taki już mam zwyczaj“. Uważałby go pan za szaleńca, czyż nie? Pani Linde jest może wścibską, ale czy powiedział jej pan także, że ma dobre serce, pełne litości dla biednych? Wie pan chyba, że Tymoteusz Cotton skradł garnek masła z jej piwnicy, a żonie powiedział, że kupił; kiedy zaś Cottonowa przy pierwszem spotkaniu z panią Linde zrobiła uwagę, że masło czuć było marchwią, ta poczciwa kobieta przyznała: „Rzeczywiście, było nieudane“.
— Wierzę, że posiada pewne zalety — zgodził się pan Harrison niechętnie. — Każdy człowiek ma jakieś, nawet ja, chociaż tego nie podejrzewasz. W każdym razie na dywan nie dam ani grosza; tu u was nie przestają wcale zbierać składek.