Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mo, bodaj z narażeniem życia. Te same względy kierowały nim, gdy poddawał się potulnie innym zabiegom koło swej toalety.
Ania czuła prawie macierzyńską dumę, wprowadzając do starej ławki Cutbertów czyściutkie śliczne chłopię. Z początku zachowywał się grzecznie, rzucał ukradkiem spojrzenia na siedzących w pobliżu chłopców, starając się odgadnąć, który z nich był Jasiem Irvingiem? Czytanie Biblji odbyło się bez przeszkód, lecz gdy pastor Allan rozpoczął modły, zaszło coś nieoczekiwanego.
Przed Tadziem siedziała Lorka White z główką lekko pochyloną. Z pomiędzy dwóch jasnych warkoczy, okolona tiulową fryzką, wychylała się biała szyjka.
Lorka była to tłuściutka, spokojnie wyglądająca dziewuszka lat ośmiu, która od pierwszej chwili, gdy ją matka, jako sześciomiesięczne niemowlę wniosła do kościoła, zachowywała się w nim bez zarzutu.
Tadzio wsunął rączkę do kieszeni i wydobył gąsienicę... włochatą, ogromną gąsienicę. Maryla, spostrzegłszy to, schwyciła go za ramię. Ale już było za późno: Tadzio zdążył wsunąć liszkę Lorce za sukienkę. Nagle rozległ się przeraźliwy krzyk. Pastor przerwał modlitwę i spojrzał zdumiony. Wszystkie głowy podniosły się z ponad modlitewników. Lorka rzucała się w ławce, rwąc, jak szalona, sukienkę na plecach.
— Oj matuś... matuś, oj, oj... wyjmij ją... zabierz ją... ten szkaradny chłopiec wpakował mi liszkę... oj, matuś... ona pełznie dalej... oj, oj!
Pani White wstała i z surową miną wyprowadziła drżącą i głośno szlochającą Lorkę z kościoła. Łkania dziecka zamilkły woddali a pan Allan kończył przerwane nabożeństwo; jednakże wszyscy obecni znajdowali się pod wrażeniem czegoś niesłychanego. Maryla pierwszy raz w życiu nie uważała podczas kazania, Ania zaś, z wypiekami na twarzy, siedziała, jak struta.