Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ale pan White nawet nie mrugnął.
— A więc pięć! Oto pieniądze. Lecz teraz pozwólcie do mieszkania: jest tam coś godnego zobaczenia, coś, co dotychczas bardzo mało osób oglądało. Wejdźcie, proszę, i wypowiedzcie wasze zdanie.
— Cóż powiemy, jeżeli bobas jest brzydki? — szepnęła Diana niespokojnie, gdy podążały za rozradowanym ojcem.
— O, zawsze da się coś miłego powiedzieć o takiem niemowlęciu — zapewniała Ania.
Na szczęście bobas był ładny, i pan White czuł, że pięć dolarów należało się słusznie dziewczętom za ich szczery zachwyt nad pulchnym małym przybyszem. Lecz był to pierwszy i ostatni raz, gdy Wawrzyniec White dał składkę na jakiś cel.
Pomimo zmęczenia Ania podjęła tego wieczora jeszcze jeden wysiłek dla dobra ogółu. Podążyła do pana Harrisona, który, jak zwykle, z fajką w zębach, siedział na ganku w towarzystwie Imbirka. Właściwie mieszkał on już przy drodze do Carmody, lecz Janka i Berta, znające go tylko z krążących o nim plotek, uprosiły Anię, by je zastąpiła.
Pan Harrison z miejsca odmówił — na nic się nie zdały wszelkie podstępy.
— Zdawało mi się, że pan pochwala nasze stowarzyszenie — żaliła się Ania.
— Pochwalam... pochwalam. Ale moja pochwała nie sięga kieszeni.
— Jeszcze parę takich doświadczeń jak w dniu dzisiejszym, stanę się pesymistką nie mniejszą, niż Eliza Andrews — zwierzała się Ania swemu odbiciu, czesząc się na noc przed lustrem w pokoiku na facjatce.