Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


żadnym pozorem Jakób. Pani będzie pamiętać? Dziękuję bardzo.
Pani Henrykowa Donnell zaszeleściła i wyfrunęła; Ania zaś zamknęła szkołę i poszła do domu.
U stóp wzgórza na Ścieżce Brzóz zastała Jasia Irvinga. Podał jej wiązankę cudnych leśnych storczyków, ulubionych kwiatów dzieci Avonlea.
— Zebrałem je w lesie — rzekł nieśmiało — i powróciłem, aby je pani ofiarować. Zdaje mi się, że pani musi lubić kwiaty, a ja — dodał, podnosząc swoje wielkie piękne oczy — kocham panią.
— Dzięki ci, kochanie — odpowiedziała Ania, ujmując pachnące kwiaty.
Zniechęcenie i znużenie opuściły ją, jakgdyby słowa Jasia były czarodziejskiem zaklęciem. Pełna różowych nadziei, rozbudzonych tym słodkim darem, lekkim krokiem przebiegła resztę drogi.
— No, jakżeż ci się udało? — pytała Maryla niecierpliwie.
— Spytaj mnie o to za miesiąc; wtedy potrafię ci odpowiedzieć. Dzisiaj nie mogę — sama nie wiem. Czuję, że mąci mi się w głowie. Jedyne, czego jestem pewna, to, że nauczyłam małego Wrighta, że A jest A. Nigdy dotąd nie wiedział o tem. Czyż to nie cudowna rzecz wprowadzić duszyczkę na drogę, u której końca pozna Szekspira?
Nieco później nadeszła pani Linde, przynosząc pocieszające wieści. Ta poczciwa niewiasta u swej furtki wyczekiwała dzieci, powracających ze szkoły, ażeby się dowiedzieć, jak im się podobała nowa nauczycielka.
— Wszystkie były tobą zachwycone, Aniu, z wyjątkiem Antosia Pay. Nie mogę zataić, że on był innego zdania; wyraźnie powiedział: „to nic dobrego, taka, jak wszystkie baby