Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i to ma swoją dobrą stronę, bo i przykrości muszą zawodzić oczekiwania i wtedy rzeczy biorą lepszy obrót, niż przypuszczaliśmy. Idąc dziś wieczór do pana Harrisona, wyobrażałam sobie straszną awanturę, tymczasem był on bardzo uprzejmy, tak że nawet spędziłam parę miłych chwil. Z pewnością zaprzyjaźnimy się, o ile potrafimy być dla siebie wyrozumiałymi. Wszystko skończyło się jak najlepiej. Mimo to nigdy już nie sprzedam krowy, dopóki się nie upewnię, kto jest jej właścicielem. Ale papug nie lubię stanowczo!


ROZDZIAŁ IV
Różne poglądy na wychowanie

Zapadał wieczór. U płota, w cieniu lekko kołyszących się sosen, gdzie leśna dróżka, zwana Ścieżką Brzóz, łączy się z szerokim gościńcem, nasi starzy znajomi: Ania Shirley, Gilbert Blythe i Janka Andrews zwlekali jeszcze ciągle z rozejściem się. Ania odprowadzała Jankę, która spędziła u niej popołudnie. Spotkały właśnie Gilberta i oto cała trójka omawiała gorączkowo rozstrzygający dzień jutrzejszy. Pierwszy września, początek roku szkolnego! Janka obejmowała szkołę w Nowych Mostach a Gilbert w Białych Piaskach.
— Wy oboje jesteście szczęśliwsi ode mnie — westchnęła Ania. Będziecie uczyli dzieci, które was nie znają; a moi uczniowie pamiętają mnie jako uczennicę ich własnej szkoły. Pani Linde lęka się, że nie będą dla mnie miały tyle szacunku, co dla obcej osoby, chyba, że od pierwszej chwili będę bardzo surowa. Ale ja nie wierzę, by nauczycielka musiała być surową. O, cóż to za odpowiedzialność!
— Ufam, że damy sobie radę! — rzekła pewna siebie Janka. Myśl o wywieraniu dobroczynnego wpływu na uczniów nie