Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z godnością. — Przychodzą ni stąd, ni zowąd i nic na to nie poradzisz. Każdy może dostać ataku. Pan Irving jest bardzo podobny do mojego wuja, który dostał ataku, zasiadając do obiadu. Ale jednak może wszystko się dobrze skończy! Na tym świecie trzeba spodziewać się dobrego, być przygotowanym na zło, a przyjmować, co Pan Bóg da.
— Moją jedyną troską jest jutrzejsza pogoda — rzekła Diana. — Wuj Andrews przepowiadał deszcz na ten tydzień, a od czasu owego huraganu wierzę jego słowom.
Jednakże Ania, która lepiej niż Diana wiedziała, co miał wspólnego wuj Andrews z przepowiednią „swojej“ burzy, była spokojna. Spała snem sprawiedliwego dopóki, o niezwykłej godzinie, nie została zbudzona przez Karolinę.
— Ach, psze pani, to okropne, że muszę panią budzić tak wcześnie. Ciągle jest jeszcze tyle roboty! — Jęczała przez drzwi. — Ach, panno Aniu, psze pani, boję się, że będzie deszcz. Niech pani wstanie i powie, że na to nie wygląda.
Ania skoczyła do okna, łudząc się nadzieją, że Karolina straszyła, aby ją wyciągnąć z łóżka. Lecz, niestety, poranek zapowiadał się fatalnie. Ogród, zamiast w blaskach wschodzącego słońca, spoczywał w mgle i mroku. Ponad wierzchołkami świerków kłębiły się chmury.
— Jakież to okropne! — rzekła Diana.
— Nie traćmy nadziei — pocieszała Ania. — Jeśli tylko deszcz się nie rozpada, to chłodny, perłowo-szary dzień będzie nawet przyjemniejszy niż żar słoneczny.
— Ależ będzie padać — wzdychała Karolina, wślizgując się do pokoju. Wyglądała pociesznie z głową, z której sterczały we wszystkich kierunkach końce warkoczyków, ściągnięte białemi tasiemkami. — Będzie pochmurno do ostatniej chwili, a wtedy zacznie lać jak z cebra. Goście zmokną, naniosą błota do mieszkania, ślub nie będzie mógł się odbyć w altance. A straszne to nieszczęście, gdy nad panną młodą nie zaświeci