Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


narwańców sprzecza się i obraża na siebie. Potem Stefan Irving jedzie do Stanów, żeni się i jest szczęśliwy. A gdy żona jego umiera, on, przeczekawszy odpowiedni okres czasu, powraca do domu, żeby się przekonać, czy jego pierwsza miłość zechce go przyjąć. Tymczasem ona nie wychodziła zamąż, prawdopodobnie dlatego, że nikt dość sympatyczny jej się nie oświadczył. Spotykają się i wreszcie postanawiają się pobrać. Gdzież tu poezja w tem wszystkiem?
— Zapewne, jeśli oświetlasz sprawę w ten sposób, poezja znika — westchnęła Ania, jakby oblana zimną wodą. — W rzeczywistości tak się to przedstawia, lecz czy nie przyjemniej jest patrzeć przez pryzmat poezji? — zakończyła, odzyskując swój zwykły optymizm.
Maryla, patrząc na rozpromienioną twarzyczkę, powstrzymała się od dalszych gorzkich uwag. Doszła może do wniosku, że dobrze jest posiadać Ani dar patrzenia na świat przez różowe okulary. Ona, zarówno jak i Karolina Czwarta, były go pozbawione.
— Kiedyż odbędzie się ślub? — zapytała po chwili.
— W końcu sierpnia. Będzie miał miejsce w ogrodzie, w altance spowitej w powój, właśnie tam, gdzie przed dwudziestu pięciu laty odbyły się zaręczyny. To jest poetyczne nawet w rzeczywistości, Marylo! Obecni będą tylko: pani Irving z Jasiem, Gilbert, Diana i ja oraz siostry cioteczne panny Lawendy. Wyjadą pociągiem o szóstej w podróż nad Ocean. Gdy zaś powrócą w jesieni, zabiorą Jasia i Karolinę do Bostonu. W Chatce Ech wszystko zostanie po dawnemu — oczywiście sprzedadzą tylko krowę i kury i zabiją deskami okna — bo spędzać w niej będą każde lato. Cieszę się tem niezmiernie. Bolałoby mnie strasznie, gdybym musiała myśleć o pustce i ogołoceniu tego kochanego domku, lub, co gorsza, o obcych ludziach, gospodarujących w jego pokoikach. Ale teraz moge go sobie wyobrazić tak samo, jak go dawniej widywałam, cze-