Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ania siedziała na stopniach ganku, gdy Stefan Irving ukazał się na drodze.
— Jest to chyba jedyne miejsce, gdzie czas się zatrzymał — mówił, wodząc dokoła wzrokiem, pełnym podziwu. — Dom ani ogród zupełnie się nie zmieniły od czasu, gdy byłem tutaj przed dwudziestu pięciu laty. Człowiek czuje się odmłodzonym.
— W zaczarowanym pałacu czas zawsze stoi — odpowiedziała Ania poważnie. — Dopiero, gdy Królewicz przybywa, wypadki odzyskują swój bieg.
Pan Irving uśmiechnął się smutnie, patrząc na jej twarzyczkę, promieniejącą młodością i radością życia.
— Nieraz Królewicz przybywa za późno — zauważył. Nie prosił Ani, by wyraziła to prozą: jak wszystkie, „pokrewne dusze“, zrozumiał odrazu.
— O, nigdy, jeśli rzeczywisty Królewicz przybywa do prawdziwej Księżniczki. — Ania zaprzeczyła ruchem głowy, otwierając jednocześnie drzwi bawialni. Poczem cofnęła się i w sieni spotkała Karolinę roześmianą i uszczęśliwioną.
— Ach, panno Aniu — mówiła bez tchu. — Wyjrzałam oknem kuchennem... Jaki on piękny! I wiekiem odpowiedni dla panny Lawendy. Czy to byłoby co złego posłuchać pode drzwiami, psze pani?
— To byłoby bardzo złe, Karolino — rzekła Ania surowo. — Chodźmy stąd, unikniesz pokusy.
— Robota mi nie idzie, a czekać i nic nie robić — to okropne — westchnęła Karolina. — A jeśli się jednak nie oświadczy, psze pani, co wtedy? Mężczyzn nigdy nie można być pewnym. Moja najstarsza siostra, Karolina Pierwsza, była raz przekonana, że jest zaręczona. Tymczasem nic z tego! Odtąd nie wierzy już żadnemu. Słyszałam i o innym wypadku, gdy chłopiec myślał, że kocha jedną dziewczynę, a tymczasem