Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ach, psze pani — pytała zaciekawiona Karolina — ale co to znaczy naprawdę?
Ania roześmiała się.
Naprawdę? Dawny dobry znajomy panny Lawendy przyjedzie ją dziś odwiedzić.
— Jej dawny konkurent, pani myśli? — domagała się wyjaśnień Karolina.
— Tak się to zapewne nazywa naprawdę — odpowiedziała Ania poważnie. — Jest to ojciec Jasia: pan Irving. Kto wie, jak to się skończy? Ale miejmy nadzieję, że jak najlepiej.
— Jestem pewna, że się pobiorą — zadecydowała Karolina. — Niejedna kobieta rodzi się na to, żeby zostać starą panną, psze pani, i taki zapewne będzie mój los, bo nie mam cierpliwości do mężczyzn. A ja martwiłam się tak strasznie, co też moja biedna pani pocznie, gdy ja dorosnę na tyle, że będę musiała jechać do Bostonu. Niema więcej dziewcząt u nas w rodzinie, więc cóżby ona zrobiła, gdyby musiała zgodzić obcą służącą, któraby się śmiała z tych podwieczorków „na niby“ i nie chciała się nazywać Karoliną Piątą? Może nowa nie tłukłaby tyle naczyń, ale z pewnością kochałaby ją mniej niż ja.
I wierna mała służąca skierowała się do komina, ażeby ukryć łzy.
Podwieczorek w Chatce Ech odbył się dnia tego o zwykłej porze, ale jedzenie pozostało nietknięte. Poczem panna Lawenda poszła na górę, ażeby włożyć swą nową szafirową suknię. Obie z Anią były bardzo wzburzone, lecz panna Lawenda udawała spokój.
— Muszę jutro koniecznie zreparować firanki — mówiła, oglądając je, jakgdyby to było najważniejszą rzeczą w tej chwili. — Nie okazały się bardzo trwałemi, mimo iż drogo za nie płaciłam. Ach, Boże, Karolina znowu zapomniała skurzyć poręcz od schodów. Doprawdy, muszę jej dać burę!