Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ale ma swoje wady, chcesz powiedzieć? Oczywiście. Łatwiej będzie mi jednak narażać się na przykrości z tego powodu, niż rozstać się z nią na zawsze. Brakowałoby mi jej niezmiernie; to moja jedyna serdeczna przyjaciółka. Czterdzieści pięć lat sąsiadowałyśmy ze sobą i nigdy nie było między nami kłótni, chociaż omal nie przyszło do niej w ów dzień, gdy nazwała cię rudym chudzielcem, pamiętasz?
— Pamiętam — odpowiedziała Ania. — Nie zapomina się takich przykrości. Jakżeż nienawidziłam wtedy biedną panią Linde!
— A następnie twoje przeprosiny. Istotnie trudno było dać sobie z tobą radę. Nie zawsze umiałam postępować — Mateusz rozumiał cię lepiej.
— Mateusz wszystko rozumiał — szepnęła Ania czule, jak zwykle, gdy wspominała swego opiekuna.
— Można chyba urządzić tak, aby nie dochodziło do starć między nami. Zdaje mi się, że powodem sprzeczek dwóch gospodyń jest krzątanie się we wspólnej kuchni, gdzie jedna drugiej wchodzi w drogę. Małgorzacie dałabym północną facjatkę na sypialnię, a na kuchnię pokoik obok kuchni, zupełnie nam zbyteczny. Mogłaby tam wstawić piecyk i część mebli, które zatrzyma — mieszkałaby wygodnie i nie byłaby skrępowana. Na utrzymanie wystarczy jej w zupełności — już dzieci będą o to dbały — ja użyczę jej tylko dachu nad głową. Owszem, Aniu, taki stan rzeczy odpowiadałby mi bardzo.
— Więc zaproś ją! — zadecydowała Ania szybko. — Ja sama żałowałabym, gdyby pani Linde musiała się wyprowadzić z Avonlea.
— Z chwilą zaś, gdy się sprowadzi — ciągnęła dalej Maryla, — ty możesz wyjechać na studja. Nie byłoby już powodu do zatrzymywania cię w domu, bo miałabym towarzystwo, a także pomoc w wychowywaniu bliźniąt.