Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jest wcale większa, niż była w zeszłym roku, a ja przecież dużo urosłem.
— Nie wiem coprawda, jak panna Lawenda wyglądała piętnaście lat temu, ale nie sądzę, żeby się bardzo zmieniła — odpowiedziała Ania, dając Tadziowi, w celu uspokojenia go, dwie czubate łyżeczki cukru. — Ma wprawdzie śnieżno-białe włosy, a twarz jest świeża i prawie dziewczęca, słodkie bronzowe oczy ze złotemi ognikami i głos jej przypomina szemrzący strumyk i czarodziejskie dzwoneczki.
— W młodości swej była uważana za piękność — rzekła Maryla, — znałam ją bardzo mało, ale podobała mi się, mimo iż wtedy już mówiono, że jest dziwaczką... Tadziu, jeśli jeszcze raz uczynisz coś podobnego, będziesz jadał oddzielnie, gdy my wstaniemy od stołu.
Prawie każda rozmowa Maryli i Ani, tocząca się w obecności bliźniąt, była przerywana karcącemi uwagami, skierowanemi do Tadzia. Tadzio, nie mogąc zebrać łyżeczką ostatnich kropel soku, wziął talerz w obie ręce i skrupulatnie począł go oblizywać swym różowym języczkiem. Spotkawszy pełne oburzenia spojrzenie Ani, mały winowajca poczerwieniał po same uszy i bronił się napoły wyzywająco, napoły ze wstydem:
— Tak się chociaż nic nie zmarnuje.
— Ludzi nieprzeciętnych zawsze nazywa się dziwakami — mówiła Ania. — A panna Lawenda jest bezsprzecznie niepospolita, chociaż trudno orzec, na czem to polega. Pochodzi to może stąd, iż należy do tych, co się nigdy nie starzeją.
— Należy starzeć się wraz ze wszystkimi swymi rówieśnikami — orzekła Maryla trochę bezwzględna w swym sądzie. — Kto tego nie czyni, musi wreszcie zostać samotny. O ile mogę sądzić, Lawenda Lewis odbiegła zupełnie od swego pokolenia — mieszkając na takiem odludziu, że wszyscy o niej zapomnieli. Jej domek jest jednym z najstarszych na