Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Myślałam, że smaruję nos lekarstwem na piegi, tymczasem użyłam czerwonej farby, którą Maryla znaczy ściereczki! — brzmiała zrozpaczona odpowiedź. — Co teraz pocznę?
— Zmyj ją — poradziła praktyczna Diana.
— A może się nie zmyje? Raz już ufarbowałam sobie włosy, dzisiaj pomalowałam nos. Wtedy Maryla ścięła mi włosy, dziś środek ten trudno byłoby zastosować. Oto jeszcze jedna kara za próżność! Zasłużyłam na nią — ale to niewielka pociecha. Doprawdy, to chyba wystarcza, ażeby uwierzyć, że urodziłam się pod złą gwiazdą!
Szczęściem farbę udało się zmyć i Ania, pocieszona nieco, pośpieszyła na swą facjatkę, podczas gdy Diana pobiegła do domu. Za chwilę przebrana i w dobrym humorze zjawiła się na dole. Jej biała sukienka, w której tak pragnęła się zaprezentować, powiewała, jak na urągowisko, na sznurze; Ania musiała się zadowolić czarną batystową. Rozpaliła ogień i zagotowała herbatę, zanim Diana powróciła. Diana przynajmniej miała na sobie białą sukienkę; w rękach trzymała przykryty półmisek.
— Matka moja ci to przysyła — rzekła, podnosząc pokrywę i ukazując uszczęśliwionej Ani zręcznie pokrajane i ułożone kurczę.
Świeży chleb, doskonałe masło i ser, placek owocowy wypieku Maryli i salaterka konfitur ze śliwek, pływających w złotym syropie, niby w zakrzepłych promieniach słońca, dopełniły uczty. Wielki wazon białych i różowych astrów przystrajał stół, ale wszystko razem wydawało się Ani bardzo nędznem w porównaniu z wyszukanem przyjęciem, zastawionem tak niedawno dla pani Morgan.
Jednakże głodni goście zdawali się nie widzieć żadnych braków i zajadali z wielkim smakiem skromne potrawy. Po kilku chwilach i Ania zapomniała o skromnem „menu“. Powierzchowność pani Morgan zawiodła oczekiwania jej wielbicielek, lecz rozmowa jej musiała je oczarować. Podróżowała bardzo