Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


lone Wzgórze ucierpiałoby na porównaniu. Sam dom był to staroświecki budynek, stojący na wzgórzu, z którego to powodu trzeba było ułożyć kamienny fundament z jednej strony. Bielone ściany oślepiały swą czystością, a w wypielęgnowanym ogródku warzywnym nie można było dojrzeć ani jednego chwastu.
— Wszystkie żaluzje są zapuszczone — rzekła Diana z żalem. — Zapewne niema nikogo w domu.
Tak było w istocie. Dziewczęta patrzały na siebie z zakłopotaniem.
— Nie wiem, co począć? — rzekła Ania. — Gdybym miała pewność, że ich półmisek jest odpowiedni, poczekałabym, aż wrócą. Lecz jeśli nie, za późno będzie wtedy na jazdę do Keysonów.
Diana przyglądała się kwadratowemu okienku ponad fundamentami.
— To jest okienko śpiżarni — rzekła. — Jestem pewna, gdyż dom ten jest bliźniaczo podobny do domu wuja Karola w Nowych Mostach. Żaluzja jest podniesiona, więc jeśli się wdrapiemy na dach tego małego domku, będziemy mogły zajrzeć do śpiżarni i obejrzeć półmisek. Czy sądzisz, że to co złego?
— Nie, nie przypuszczam — odparła Ania po namyśle, — bo nie czynimy tego z prostej ciekawości.
Po rozstrzygnięciu tego ważnego etycznego zagadnienia Ania zabrała się do wejścia na pochyły dach domku, zbitego z desek. Dawniej służył on jako pomieszczenie dla kaczek, ale panny Copp zarzuciły tę hodowlę, twierdząc, że to takie „nieporządne ptaki“, i od paru lat domek stał pustkami z wyjątkiem wypadków, gdy sadzano w nim kury na jajach. Pomimo, iż świeżo wybielony, domek robił wrażenie nędznego, i Ania czuła się trochę niepewną, wdrapując się nań po beczce, ustawionej na skrzyni.