Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ach, oby to już było po sprzedaży! — mówiła Maryla. — Jakaż to odpowiedzialność mieć tyle bydła koło domu, gdy pastuchem jest taki Marcin, na którym nie można polegać. Miał już wrócić wczoraj wieczorem z pogrzebu ciotki. Przyrzekł solennie, że się nie spóźni, jeżeli go zwolnię na cały dzień. Dalibóg, nie wiem, wiele ma tych ciotek! Służy u nas od roku, a oto już czwarta umiera. Wdzięczna będę niebu, gdy się zbiory skończą i pan Barry obejmie gospodarstwo. Krasula musi pozostać w zamknięciu do chwili powrotu Marcina; wtedy przeprowadzimy ją na tylne pastwisko, gdzie trzeba będzie wyreparować płoty. Ach! tyle kłopotów na świecie. Oto biedna Marja Keith jest umierająca i nie mam pojęcia, co się stanie z jej dwojgiem dzieci. Ma wprawdzie brata w Kolumbji, do którego pisała, lecz do tej chwili nie otrzymała ani słowa odpowiedzi.
— Cóż to za dzieci? W jakim wieku?
— Mają siódmy rok... bliźnięta.
— O, ja zawsze przepadałam za bliźniętami, od czasu gdy pani Hammond miała ich tyle — zawołała Ania żywo — czy ładne?
— Boże miły, trudno osądzić — były takie brudne. Wyobraź sobie, Tadzio zagniatał ciasto z błota, gdy Tola pobiegła wezwać go do matki. Mała popłakała się, gdyż ten urwis wepchnął ją w największą kałużę, a dla przekonania jej, że nie ma powodu do płaczu, sam także wskoczył w błoto i zaczął się w niem tarzać. Marja twierdzi, że Tola jest bardzo dobrem dzieckiem, zato Tadzio niezwykle swawolnem. Coprawda, nikt go nie wychowywał, stracił ojca, gdy był niemowlęciem, a Marja prawie ciągle choruje.
— Żal mi zawsze dzieci, których nie miał kto wychowywać — rzekła Ania poważnie. — Mnie też brak było opiekunów, dopóki nie dostałam się do was. Sądzę, że przecież