Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

czas, na pewno musiałby się zakochać właśnie dziś wieczorem. Nie podoba mi się tylko ta orchideja. Nie myśl, że to zazdrość przeze mnie przemawia. Ten kwiat jest stanowczo dla ciebie nieodpowiedni. Do twojej urody nie pasują takie egzotyczne rośliny. Proszę cię, wyjmij ją z włosów.
— Dobrze, spełnię twoje życzenie. Muszę przyznać, że i ja nie jestem tym kwiatem zachwycona. Robert prawdopodobnie wie o tem i dlatego przysyła mi orchideje bardzo rzadko.
— Jerzy przysłał mi dzisiaj kilka pąków róż, ale sam na wieczornicy nie będzie. Wytłumaczył się jakiemś zebraniem w kościele w robotniczej dzielnicy miasta. Jestem pewna, że to był tylko pretekst. Boże, jakże ja się lękam, że Jerzemu właściwie na mnie wcale nie zależy. Zastanawiam się tylko, czy mam uschnąć z tęsknoty i umrzeć, czy też żyć, ukończyć studja i stać się użyteczną dla społeczeństwa.
— Ponieważ to drugie jest przy twojem usposobieniu niemożliwością, więc uważam, że lepiej będzie, jak uschniesz i umrzesz, — odparła Ania z bezlitosnym uśmiechem.
— Jesteś bez serca!
— A ty, Izo, bez rozumu! Przecież zdajesz sobie sprawę, że Jerzy cię kocha.
— Ale dlaczego mi o tem nie mówi. Ja znowu nie śmiem go pytać. Coprawda miłość jego czuję na każdym kroku, ale sam wyraz oczu nie jest jeszcze dowodem niczego. Przed oficjalnemi zaręczynami nie zacznę haftować wyprawy, bo Opatrzność mogłaby mi zrobić na przekór.
— Widzisz Izo, pan Blake jest biedny i dlatego