Strona:Kupiec i Geniusz.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   23   —

chwytem, że surowy wyraz zszedł z jego oblicza, a złość miotające oczy, zagasły...
Z ręki wypadł mu pałasz, tak niedawno nad głową biednego kupca wzniesiony i potoczył się po pustynnej trawie. Z ust jego wyszły te słowa:
— Błogosławiony bądź starcze, za słowa, któreś tu wypowiedział! Za zachwyt, jaki wzbudziłeś, za czarodziejskie opowiedziane tu przygody, daruję kupcowi życie...
— Ty zaś — rzekł, zwracając się do kupca — podziękuj tym starcom, że ci uratowali życie... Gdyby nie oni, byłbyś już dawno zabity!...
Rozległ się szum gwałtowny, szmer jakiś dziwu pełny i jak tuman z piasku i kurzu, uniósł się Genjusz ku górze i zniknął.
Odetchnęli ci co zostali pod orzechowem drzewem i dziękowali Bogu za ocalone życie.