Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


O gdzie jest ów, który z własności, z czasu
w swoje ubóstwo wielkie tak się wzmógł,
że przed biskupem zrzucił strój na bruk
i nagi stanął wobec barw atłasu.
Co szedł, najczulszą miłością duchowy,
a nastał, żył, niby rok jakiś młody;
słowików Twoich braciszek bronzowy,
w którym był jeden zachwyt wiecznie nowy
i jeden podziw dla ziemi urody.

Nie był on takim, co się wcześnie męczy,
bezradośniejszym stając o się stopniowo, —
on z małym kwiatem jakby z małym bratem
rozmawiał, idąc nad miedzą łąkową.
O sobie mówił i jak wszystko dźwięczy,
jak on wszystkiemu daje radość całą;
nie było końca serca jego tęczy,
nic, co maluczkie, jego nie mijało.
Szedł z światła w coraz głębsze światła knieje,
a w jego celi blask pogody legł.
Uśmiech, co jasno od lic jego wieje,
rósł i miał swoje dzieciństwo i dzieje
i tak dojrzewał jak dziewczęcy wiek.

A kiedy śpiewał, wówczas przeszłość cała