Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


patrząc nieufnie w senne złote wrota
spoza szumiącej, długiej brody fali.

Żywot ich wielki był jak tysiąclecie,
odkąd nie dzielił się na dzień i skłon;
jakby ich fala poniosła na grzbiecie
napowrót znów do macierzystych łon.
Jak embryjony skuleni siedzieli,
o wielkich głowach, z rękami małemi,
i nic nie jedli, jakby z czarnej ziemi,
co była wkoło, pożywienie mieli.

I oglądają ich teraz pątnicy,
co z siół i stepów ciągną zbożną drogą.
Potrzykroć sto lat leżą w tej martwicy,
a ciała ich już rozpaść się nie mogą.
Ciemność się kłębi sadzą czarnych chmur,
okopca długą ich leżącą postać,
co się pod suknią umie skrycie ostać,
a splot ich dłoni, co nie chcą się rozstać,
na piersi leży im jak brzemię gór.

O Ty wzniosłości Książę wielki, stary:
czyliś zapomniał na te ziemne mary
śmierć zesłać, która ich do cna zużyje,