Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czy o tych świętych Ty, o Boże, wiesz?
Nawet pod murów klasztornych powłoką
zbyt blisko czują gwar i śmiechy rzesz,
tak iż wkopali się w ziemię głęboko.
Szczyptę powietrza wydychał z ich nory
pustelnik oraz świecy jego żar;
swój wiek i swoją twarz zapomniał, starł,
jak dom bez okien wiodąc żywot chory,
już nie umierał, jakby dawno zmarł.
Czytali mało; przez martwotę snów
czuli, że w księdze mróz skostniały gości,
i tak jak habit zwieszał się z ich kości,
tak samo zwisał sens ze wszystkich słów.
Już nie mówili jeden do drugiego,
gdy się poczuli w czerni korytarzy,
zwieszali długie włosy, cisi, starzy;
żaden nie wiedział, czy już sąsiad jego
nie umarł stojąc.

A w okrągłej sali,
gdzie sto lamp srebrnych balsamem się pali,
czasem się w gronie pospólnem zbierali
wobec drzwi złotych jak sadów ze złota,