Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Modlę się znowu, o Dostojny,
Ty mnie przez wicher słyszysz znów,
bo głębie me głos mają zbrojny
w nieużywanych poszum słów.

Ja rozproszony w strzępach żyłem;
wrogom rozdany byt mój był.
Boże, ja w każdym śmiechu tkwiłem
i każdy pijak mnie pił.

I na podwórkach się skupiałem,
gdzie śmietnik mnie na miazgę starł,
i ust połową bełkotałem
do Ciebie, wieczna Pełnio miar.
Jak ja swe połowiczne dłonie
wznosiłem do Cię z nędznych jam;
niech mi tych oczu żar zapłonie,
któremi w Ciebie-m patrzał tam.

Byłem dom czarny po pożarze,
gdzie czasem zbójca śpi jedynie,
aż mu głos kar zgłodniałych każe
gnać coraz dalej po krainie;
byłem jak miasto, groźny grób,
gdy pomór je obleci: