Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ciebie nie dziwi rozmach burzy, —
tyś widział, jak on wiał; —
ucieczka drzew. A pęd ich dłuży
aleje rwące wcwał.
Ty wiesz: Ten, przed kim uciekają,
jest Tym, do kogo kroczysz;
okiem przez okno gdy potoczysz,
twe zmysły Go śpiewają.

Tygodnie letnie cicho stały,
krwi w drzewach rosnął gest;
czujesz, że będą opadały
w Tego, co wszystkiem jest.
Myślałeś, że już znasz tę siłę,
gdy owoc dojrzał dość:
w tajnie się skryła znów zawiłe,
a tyś jest znowu gość.

Lato jak dom twój było własny,
w którym już wszystko znasz —
ty jak w dolinę, z jaźni ciasnej
wyjść w serce swoje masz.
Wielka samotność się rozplata
i głuchną twoje dnie,
ze zmysłów twoich wiatr wymiata
świat jak listowie złe.