Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tak malowaną Ją; ktoś przez innymi
swoją tęsknotę wyniósł precz ze słońca.
Rosła mu czystą, zagadkową siłą,
ale w cierpieniu dojrzała bez końca:
do śmierci był jak istota płacząca,
której płakanie do rąk uderzyło.

On Jej najmiększym woalem boleści,
co Jej zbolałe wargi pieści
i prawie w uśmiech je wygina.
A blask anielskiej nawet siódmej świecy
nie pokonywa jego tajemnicy.