Przejdź do zawartości

Strona:Kornel Makuszyński - O duchach djabłach i kobietach (1927).pdf/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—   40   —

stronę. Krzyk urwał się w połowie, jak ucięty nożem; pani Ziębina czyniła z gardłem i ustami jakieś nieprawdopodobne sztuki, jak człowiek, który się dławi. I nic nie pomogło. Z paszczą naoścież otwartą trwała tak, skamieniała.
— Gotowa! — rzekł duch.
Pan Zięba wyszedł z ukrycia nieśmiało. Żona spojrzała na niego jak na drugiego ducha. I nie przemówiła.
— Co się jej stało? — zapytał cicho pan Zięba.
— Zaniemówiła. To potrwa czas dłuższy.
— Nie może być! I to jej nie odejdzie?!
— Chyba nie!
Pan Zięba spojrzał na ducha tak serdecznie, z takiem rozrzewnieniem w oczach, że się duch uśmiechnął.
Pójdźmy wypalić cygaro — rzekł figlarnie. — A jutro idź pan po szewca.
— Duchu najdroższy! — rzekł Zięba, — ja pana nie wypuszczę!
I chciał go uściskać, ale chwycił w ramiona tylko wieszadło, które stało właśnie w „ciele“ miłego ducha.