Tego więc wieczora mówił pan Zięba radosnym szeptem do kanapy:
— Jutro przyjdzie szewc!
— Ach, jaka szkoda... — odpowiedziała kanapa.
— Panie, to mnie ocali przed obłędem!
— Nie chciałbym się narzucać, bardzo pana polubiłem... Panie Ziębo!...
— Słucham, mów pan prędko.
— Usługa za usługę. Pan dziś zapowiedział, że pan wychodzi na wieczór, tak?
— Tak; pan widocznie dziś nie opuszczał mego domu, jeśli pan to podsłuchał.
— W istocie, ale u pana dzieją się tak ciekawe rzeczy, że się temu z ciekawością przyglądam.
— I co z tego?
— Chciałbym — dla pańskiego dobra, — oczywiście, aby pan udał tylko, że pan wyszedł — zaszemrała kanapa, „pełna ducha“. — Niech się pan ukryje.
— Poco?
— Coby to było za przedstawienie, gdybym panu zgóry opowiedział treść? Czy nie racja? Niech pan tu będzie „u mnie“ około dziesiątej. Tylko odwagi, przyjacielu! Pańska żona leży?
— Dzięki Bogu, leży, jest chora.
— Wszystko w porządku.
Około dziesiątej pan Zięba poczuł, że go coś ciągnie za połę surduta. Coś około niego zamajaczyło.
— To pan? — szepnął.
Strona:Kornel Makuszyński - O duchach djabłach i kobietach (1927).pdf/41
Wygląd
Ta strona została skorygowana.
— 37 —