Przejdź do zawartości

Strona:Kornel Makuszyński - O duchach djabłach i kobietach (1927).pdf/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—   34   —

trząc porozumiewawczo na córkę, znacząco dotykała palcem czoła.
— Czego nasłuchujesz?
— Myślałem, że złodzieje...
— Szafa w drugim pokoju trzeszczy i cała parada. Ale pewnie, jak się kto z duchami zadaje...
— Milcz! — krzyknął blady pan Zięba.
I był straszny tak, że ciężkie słowo zawisło na ustach pani Ziębiny, zachwiało się i padło na dywan bez szelestu.
Trzeciego dnia jednakże było gorzej. Córeczka malowała akwarelą słoik od musztardy i jabłko, jako martwą naturę, pani Ziębina przerabiała kapelusze, Zięba czytał gazetę. Było około dwunastej. Nagle w pokoju obok coś dźwiękło, coś się rozprysło.
— Jezus, Marja! co to? — zduszonym głosem rzekła pani.
Pan Zięba był blady jak trup.
— Idź, zobacz, czego stoisz, jak malowany?...
Pan Zięba był bledszy od trupa i ani drgnął.
— Nie pójdziesz?
— Nie! — jęknął.
Spojrzała na niego z pogardą i poszła sama; błysnęło światło, i pani Ziębina wszczęła wrzask. Po chwili przyniosła szczątki deserowego talerzyka, pachnące konjakiem. Pan Zięba zmartwiał.
— Musiało zlecieć z pieca... Kto to postawił na piecu? Dlaczego to pachnie jakąś wódką?...
Mówiła tak długo, długo. Pan Zięba milczał i tylko patrzył smutno i z wyrzutem w otwarte do