— Zróbmy ugodę: ja opuszczę pańskie mieszkanie i będę trochę krążył po mieście, kiedy zaś pan uśnie i cały dom uśnie, niech pan pozwoli, że powrócę. Odżałuje pan kroplę konjaku i zawsze mi pan zostawi miseczkę, gdzieś wysoko, na piecu naprzykład, aby nikt nie dojrzał. A ja panu przysięgam, że się panu odwdzięczę. Zgoda?
— Niech będzie, niech będzie, pomyślę, zrobię! — szeptał szybko pan Zięba. — Ale teraz niech pan prędko ucieka z fortepianu. Moja córka idzie grać ćwiczenia.
— Boże jedyny! — jęknął duch i struny. Coś zaszeleściło i dźwięknęły cichutko kryształowe szkiełka elektrycznej lampy. Pan Zięba podniósł oczy, słusznie bowiem osądził, że duch przeniósł się na lampę, tem prawdopodobniej, że się z niej nagle zerwały wszystkie siedzące na niej muchy. Nic jednak nie zobaczył.
— Niech jej pan nie przestraszy! — syknął groźnie w powietrze i wybiegł, jak człowiek, który zaczyna warjować metodycznie, wedle podręcznika.
Unikał domu, wymyślał tysiączne interesy, wił się, byle nie wracać przed wieczorem. Nie wiedział, czy duch „jest w domu“, czy go gdzieś poniosło. Wieczorem nie odchodził na krok od żony i córki, lecz wciąż nasłuchiwał. Nagle się zrywał i przykładał ucho do drzwi.
Pani Ziębina kręciła głową podejrzliwie i, pa-
Strona:Kornel Makuszyński - O duchach djabłach i kobietach (1927).pdf/37
Wygląd
Ta strona została skorygowana.
— 33 —