łażę, bo po dniu mnie pan nie zobaczy. Był pan u szewca?
— Byłem, ale z szewcem jest nieszczęście: rozbili mu głowę, nie będzie mógł przyjść.
— Oj, odrazu wiedziałem, że to swinia. Przykra rzecz.
— I co teraz będzie?
— Cóż ma być? posiedzę u pana kilka dni...
— Ależ to niemożliwe.
— Panie Ziębo, czy ja się napraszałem do pańskiego domu? Niech pan szczerze odpowie...
— Tak, ja to wiem ja pana bardzo przepraszam, ale ja zwarjuję.
— Dlaczego? Czy robię panu cokolwiek przykrego, lub choćby niemiłego?
— Nie to. Pan jest nadzwyczajnie sympatyczny, ale ja mimo tego zwarjuję. Pańska obecność mnie rozstraja... To niezwykłe położenie... Niech pan sobie wyobrazi tę ciągłą świadomość, że się ma u siebie takiego, że tak powiem... dziwnego gościa...
— Rozumiem, ale cóż ja na to poradzę? Zniknę panu z oczu, nie będzie mnie pan widział! Nie dam znaku życia.
— To i cóż z tego, kiedy ja będę wiedział!
— Trudno, niech się pan stara zapomnieć.
— Nie zapomnę! Ja oszaleję!
W fortepianie ucichło, duch widocznie myślał.
— Proszę pana, panie Ziębo, słyszy pan?
— Słyszę!
Strona:Kornel Makuszyński - O duchach djabłach i kobietach (1927).pdf/36
Wygląd
Ta strona została skorygowana.
— 32 —