Ducha już nie było; spłynął pod kanapę i nie zostało po nim śladu.
Zanim weszła pani Ziębina, wszedł najpierw jej pysk.
— ...Sam z sobą gadasz? O trzeciej w nocy? Spać nie dasz nikomu o tej porze? Helusia płacze, bo myśli, żeś zwarjował. A to co? Naturalnie konjaczek! Najpierw duchy, potem konjaczek, a ty tam śpij sama, jak nieboszczyk w grobie bo Waluś sobie z buteleczką... żebyś skonał za moje zmartwienie.
— Ciszej, na Boga, ciszej! — szepnął struchlały pan Zięba i spojrzał w stronę kanapy.
— Ciszej? A dlaczego ciszej? Niech pan Bóg chociaż usłyszy; niech wie, kogo mi dał, obym była tego nie doczekała. Idź spać natychmiast!...
— Idę, tylko sprzątnę...
— Jeśli cię za pięć minut nie będzie...
— Będę, będę, przysięgam, że będę.
— Miła kobiecinka, — rzekł duch, — wyłażąc z pod kanapy.
— Czy wróciłby pan na ziemię, gdyby pan był mną? — rzekł smutno pan Zięba.
— Zastanowiłbym się... — szepnął duch. — Ale niech pan już idzie, biedny człowieku. Tak, tak...! u nas nie jest najgorzej...
— Panie! — rzekł z determinacją Zięba.
— Jestem na usługi...
— Czy „tam“ małżeństwa żyją razem w dalszym ciągu?
Strona:Kornel Makuszyński - O duchach djabłach i kobietach (1927).pdf/33
Wygląd
Ta strona została skorygowana.
— 29 —