Przejdź do zawartości

Strona:Kornel Makuszyński - O duchach djabłach i kobietach (1927).pdf/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—   27   —

— Niech pan nie psuje biednego ducha! — roześmiał się duch. — Ale pije mój szewc, niechże sobie i ja użyję.
— Niech panu pójdzie na zdrowie — rzekł Zięba.
— Niewieleby mi to pomogło! — westchnął duch. — Wracając jednak do rzeczy, niech się pan moim prośbom nie dziwi. Ale karjera ducha nie jest do pozazdroszczenia; to bardzo smętne zajęcie.
— Czemu? czemu? — pyta zachłannie pan Zięba.
— Przeludnienie, raczej przeduchowienie, to pierwszy kłopot. Opuszcza nieznośna dusza ciało i co? Nie ma się gdzie podziać, lata wciąż w ziemskiej atmosferze. A ponieważ od początku świata straszliwa liczba tego tałatajstwa opuściła ziemię, niech pan sobie wyobrazi miły ścisk. Wprawdzie ja się mogę zrobić cienki, jak kartka papieru, ale zbyt wygodne to nie jest. Dawne duchy zajęły najlepsze miejsca, każdy następny spychany jest na stronę biegunów, z czego pan łatwo pozna, że sprawa ze „zgrzytaniem zębów“ jest oczywiście nieprzesadzona. Ścisk i fatalne warunki życia, oto przyjemność. To też z rozkoszą wracamy na ziemię, byle kto chciał nas sprowadzić. Ot widzi pan, szewc zawołał, a ja przyszedłem.
— Lecz czemu jako Aleksander Wielki?
Mundus vult decipi. Prawdziwe duchy wielkich ludzi, dawno w wieczności zasiedziałe, mają miłe życie. Mieszka sobie taki nad Indjami, albo nad morzem Śródziemnem, to mu dobrze. Myśli pan,