Przejdź do zawartości

Strona:Kornel Makuszyński - O duchach djabłach i kobietach (1927).pdf/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—   26   —

duch; nie ma wprawdzie siły, ani zębów, ani paznokci, więc ludzie mają tylko nieprzyjemne, bolesne sny. Są też i furjaci. Łazi taki po domu, wywraca meble, gasi światło, odkręci kran wodociągu, podstawia nogę, tak, że człowiek łamie nogę, ciska człowieka pod automobil, nastawia mylnie kolejowe zwrotnice. Takie psie figle jednem słowem. Naogół jednak duchy są spokojne. Zmęczone to, wymizerowane, zziębnięte, więc nie ma ochoty do awantur.
— Mój Boże, jak mi was żal!
— Bóg zapłać za dobre słowo. Pan jest dobry człowiek, panie Ziębo. Czy mogę pana prosić o jeszcze jedną przysługę?
— Ależ proszę bardzo!
— Cygaro się dopala. Ale czy to nie butelka konjaku stoi tam na biurku?
— Tak, to konjak.
— Niech pana moja prośba nie zdziwi. Tu przy mnie stoi stolik. Niech pan naleje trochę konjaku na talerzyk i postawi na stoliku, tuż przy mnie.
— Z największą chęcią, ale co panu z tego przyjdzie, biedny duchu?
— Coś w każdym razie. Nie mogę wypić, to przynajmniej powącham.
Pan Zięba wszystko to spełnił uczciwie i zdaleka, zbytnio się nie zbliżając.
Duch westchnął głęboko.
— Doskonały konjak! — rzekł z rozczuleniem.
— Możeby rozpylić! — zapytał Zięba rozrzewniony.