Przejdź do zawartości

Strona:Kornel Makuszyński - O duchach djabłach i kobietach (1927).pdf/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—   20   —

spiekłe i nagle wyschłe gardło i przemówił. Nie był to jego głos; jakiś obcy i nieznany, trochę nieprzytomny, jakby pijany, ale zawsze głos. Wróciła mu też władza w rękach, więc wzniósł rękę prawą, jak szermierz szpadę przed twarzą i tak się nią zasłonił.
Duch przystanął przed nim w odległości trzech kroków. Był to wyraźny zarys długiego, chudego nieco człowieka; rozpoznać można było na tem chmurzystem ciele coś, jakby twarz, oczy, nos i usta. Widmo było wysokie, lecz ni stąd, ni zowąd potrafiło się skurczyć jak chmura. Ręce miało nieprawdopodobnie długie, falujące i zdawało się, że może je, jeśli zechce, wydłużyć w nieskończoność. Bystro tedy pojął, trwogą na nic pobity pan Zięba, że głupio będzie, jeśli będzie się cofał i zasłaniał fotelem, czy też biurkiem. Nie spuszczając więc szeroko, zajęczą modą wytrzeszczonych oczu z widma, pan Zięba rzekł:
— Duchu, czy jesteś tym, który tu dziś był?....
— Taki — zaszeleścił duch.
— W imię Ojca i Syna...
— I Ducha Świętego!... — dokończył duch.
Pan Zięba odetchnął. To był duch dobry. Nagle jednak myśl bystra ze świstem przeleciała mu przez głowę:
— Jeśli jesteś duchem wielkiego, pogańskiego króla, jak możesz znać modlitwę chrześcijan?
Aż się zdumiał własną odwagą.
— A któż panu powiedział, że ja jestem poganin?