Przejdź do zawartości

Strona:Kornel Makuszyński - O duchach djabłach i kobietach (1927).pdf/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—   18   —

bi stawać ością w gardle. Na czoło wytrysnęły wielkie krople potu, ręce mu drżały. Oczy stanęły słupem i patrzyły nadmiernie rozszerzone, jak obłok szary, seledynem lampy dziwacznie zabarwiony, rozwijał się, pęczniał i zaczął przybierać kształty ludzkie.
— Aleksander Wielki! — jęknęła dusza w Ziębie i bezgłośnie zawyła ze strachu.
Ludzie, z duchami obcujący, są zazwyczaj odważni, każdy się boi zosobna, lecz razem zebrani są dzielni i patrzą śmiało w oczy piekielne. Wprawdzie duch, gdyby był niespokojnej natury, mógłby zebrać wszystkich uczestników seansu w wiązkę jak cebule i tłuc długo głową o głowę, zanimby ich nie porozbijał. Nie zdarzyło się jednak, by duch przekroczył granice przyzwoitości. Dać komuś w pysk, albo dotkliwie uszczypnąć, to duchy lubią, nie można powiedzieć, ale to i wszystko. Pan Zięba wiedział to z seansów i przywykł do zagrobowych manier. Znaleźć się jednak w obliczu ducha samemu, samemu, jak palec, to mu się, rzecz prosta, nie zdarzyło. Nikt nigdy nie wie, co duchowi może przyjść do głowy. Dodawszy do tego niesamowitość spotkania, roztrzęsione nerwy, późną noc, to wszystko starczyło, aby pana Ziębę napełnić trwogą, zgoła obłąkaną. Jak kiedy kto wsadzi rękę do klatki pełnej ptactwa a ono, oszalawszy w małych móżdżkach, czyni w klatce wir i tłucze się rozpaczliwie na wszystkie strony, nieszczęsne i przerażone, taki oto widok, przeraźliwie rzewny, przedstawiało