Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Przecież nie próżnowałam. W suterenie praczka... dzieci kilkoro, mąż na zarobek chodzi... Cicha jakaś kobiecina, — Na dole malarz, taki co pokoje maluje, widać nie źle się miewa, podobno kilku ludzi zatrudnia.
— Aż kilku?
— A tak. Sama malarka tak mówi, poznałam się z nią, młoda kobieta i porządnie wygląda. Na drugiem piętrze też małżeństwo, starzy ludzie oboje. On podobno emeryturę bierze, nazywają go radcą. Trzymają sługę, a u malarki także sługa jest.
— Bogaci, mogą więc sobie na takie zbytki pozwalać.
— A ty im może zazdrościsz?
— Bynajmniej. Wogóle bez wielu rzeczy mogę się obchodzić, a bez usługi tem bardziej, choćby dlatego, że nikt mi nie dogodzi tak, jak ja sobie. Z pewnością ani malarkai ani ta pani z drugiego piętra takiej usługi, niema.
— Naprawdę?
— No przecież mama jest kucharka znakomita, a ze mnie pokojówka nie zła... Tak mi się zdaje przynajmniej. Ale nie skończyła mama o sąsiadach. Któż mieszka na trzeciem piętrze?
— Nie wiem dokładnie, jakaś rodzina, podobno i córki są... Ojciec pracuje w kantorze. Jutro będę wszystko wiedziała. Jest tu jeszcze niby czwarte piętro, niby facyatka, pod samym dachem i mieszka tam kawaler...