Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tańczyły zawzięcie po podwórku, a nawet stróż idący zapalać lampki na schodach, zatrzymał się i rzekł do żony:
— Nie ma co gadać; gra pięknie i głośno, niech się inszy kataryniarz schowa...
Panna Jadwiga grała z godzinę, nareszcie zamknęła pianino i rzekła do matki:
— Wie mama, tu jest prześlicznie!...
— Tego nie powiem — odrzekła matka, widocznie mniej do zachwytów skłonna, — na Przyrynku było i lepiej i obszerniej.
— O nie! Tu stanowczo jest ładniej i weselej. Tam był kąt, a tu jest świat, zupełnie co innego.
— Aby nam tylko z tego „świata“ co przyszło.
— Bez wątpienia przyjdzie, niechno tylko szafka będzie gotowa. Stolarz obiecuje na jutro, już tylko brak szyb, a ja upatrzyłam na froncie doskonałe miejsce do przybicia. Mam przeczucie, że doskonale nam tu będzie.
— Ty bo zawsze ze swemi przeczuciami i snami...
— Czy się nie sprawdzają?
— Czasem...
— Ależ zawsze...
— Imaginacya!
— Jednak, mamo, wartoby co zjeść. Narobiłyśmy się przy tej przeprowadzce, a choć ja pasyami lubię przeprowadzki...