Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Może im się przypomiał Aronek i te kilkaset rubli rocznego wydatku, które nieboszczyk podziewał nie wiadomo gdzie.
— Jak to dziwnie jednak — rzekł półgłosem adwokat.
— A dziwnie, panie dobrodzieju — rzekła pani Adamowa. — Juścić nie ma co mówić, postąpił szlachetnie, uczciwie, o dzieciach pamiętał, ale zawsze musiał to po swojemu zrobić.
— Jakto po swojemu?
— Któż tak pisze akt ważny i uroczysty? Alboż to testament, to jakiś liścik; bilecik do Andzi, zaczyna się. „Kochana Andziu!“ Dajcież państwo pokój! Ten swistek to prawdziwy testament Letkiewicza. Człowiek poważny zrobiłby to inaczej.
— Albo nie zrobiłby wcale — mruknął pan Konstanty, chowając testament do kieszeni.