Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wał wprawdzie był dość mocny, co roku wytrzymywał napór fal, ale takiego wylewu dużego od wielu lat nie było, zachodziła obawa katastrofy.
Robiono co można, aby się przed nią zabezpieczyć, ale nadeszła ona wcześniej, niż się spodziewano, nadeszła podczas ciemniej nocy, nagle. Zwiastował ją nie szum, ale ryk wody wdzierającej się przez szeroki wyłom, zajmującej w mgnieniu oka łąki, ogrody, wdzierającej się do chat, przez drzwi i przez okna.
Wał przerwany!
Ten okrzyk groźny, ta wiadomość straszna, jak piorun wstrząsnęłą całą okolicą.
We dworze zapalono światła, w okolicznych wioskach pozrywali się ludzie ze snu, kto żył ku wodzie biegł.
Zanim zorganizowano pomoc, zebrano się w gromadę, zanim przygotowano łodzie i tratwy, brzask się zrobił i rozjaśnił chociaż o tyle, że można było coś widzieć. Na dachach zalanych domów, drżących pod naporem wody, siedzieli zrozpaczeni ludzie, wołając o ratunek. Głos ich nie dochodził do lądu, bo głuszył go szum wody, ale po gestach rozpaczliwych, po ruchach, można się było domyśleć, jaki jest okropny.
Pierwszą łódź spuszczono na wodę, pierwszy pan Stanisław w nią wskoczył; długiemi, ciężkiemi wiosłami walczono z falą. Za przykładem pierwszej, popłynęła druga, trzecia i czwarta.