Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Jakże? — szepnęła, przytulając się do jego ramienia.
— Dobrze.
— Z tobą zawsze dobrze, mój drogi.
Nie wiedziała, że cała inteligencya miejska, zwłaszcza niewieścia, opłakuje jej niedolę i los nieszczęśliwy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wieś Pisanka leżała nad brzegiem bystrej rzeki; od klęsk powodzi, zabezpieczał ją wał ziemny, który powstrzymywał szalejący żywioł i nie dał mu porywać wątłych chat wieśniaczych. Z wylewu niewiele sobie robiono, ludność Pisanki wychodziła na ratunek wsi bardziej zagrożonych, leżących daleko poza wałem.
Wiosna była nader wczesna, słońce zaczęło przygrzewać, obfite deszcze spadły, śniegi topniały w mgnieniu oka, a lód na rzece pękał z trzaskiem i szerokimi kawałami płynął z biegiem wody.
Zapowiadała się wielka powódź, bo wszystkie strumienie, wszystkie drobne, w lecie zazwyczaj suche, rzeczułki wezbrały. Na polach woda z rowów występowała nad brzegi i zalewała niżej położone łany, łąki wyglądały z daleka jak szerokie jeziora.
Pan Stanisław o swoje mienie był spokojny, gdyż i dwór i folwark były znacznie od brzegów oddalone i leżały na wzgórzu, ale obawiał się o włościan.