Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Prawda, prawda, ale cóż poradzić, gdy kto ma taki temperament, taki charakter? Nazywają mnie mizantropem, nieprzyjacielem ludzi; ty jeden wiesz, że to nieprawda, że pragnąłbym jak najlepiej dla wszystkich... Choćby w tej fabryce; ja dla ich dobra chcę pracować, a oni nie mogą, czy nie chcą poznać się na tem i trują mnie swoją niechęcią. To gorzko. Rozgadałem się przed tobą, ale tylko przed tobą, bo prócz ciebie nikogo nie mam. Rozgadałem się i powtarzam, że ci zazdroszczę tej przedziwnej pogody, jaką masz w duszy. Skąd ty ją bierzesz Stachu, z jakiej ją szkoły wyniosłeś?
Letkiewicz pogładził wąs jasny i rzekł:
— Ze szkoły życia, przyjacielu, ona nauczyła mnie być pobłażliwym i stosować do ludzi właściwą skalę wymagań. Nie z samych bohaterów świat się składa, lecz z ludzi; mało, bardzo mało jest piersi na Fidyaszową miarę, a masa wątłych, szczuplutkich na zwyczajną krawiecką. Kochaj tych cherlaków, czyń im dobrze o ile możesz, i nie wymagaj od wróbla, aby szybował po przestworzach powietrznych, jak orzeł; nie mierz kota miarą lwa, a nie będziesz doznawał rozczarowań i zawodów, oszczędzisz sobie wiele przykrości. Zniechęcasz się do ludzi, którym chcesz dobrze czynić, bo oni cię nie rozumieją, masz ich za niewdzięczników, za zbrodniarzy niemal, a oni są tylko słabi umysłem i nierozwinięci. Zapatruj się na nich