Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tem do zrozumienia, że jest pełnoletni i że posiada swój własny rozum... Cóż robić z szaleńcem?! W pół rok u później słyszymy, że rzucił się na Pisankę. Mąż mój powiada: waryat! Kapitału ma niewiele, wchodzi od razu w długi, w ciężary, zginie.
— Ano, jednak pani dobrodziejko — rzekł pan Dulski, — dziesięć lat już się w tej Pisance trzyma i gospodaruje nie gorzej od każdego z nas. Ciężko mu teraz, bo wszystkim ciężko, ale żeby mu skąd przyszła jaka taka pomoc, toby mógł się z kłopotów wygramolić i jeszcze na pewnych nogach stanąć...

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przed domem pani Adamowej rozległ się turkot i szanowna wdowca ujrzała przez okno lekką bryczkę, zaprzężoną w parę tęgich, szpakowatych koni.
— Chryste Jezu! — zawołała z przerażeniem — Staś! Jak zapisał o pomoc, a ja przecież tego uczynić nie mogę!
Chciała uprzedzić służącę, żeby ta gościa nie wpuściła; chciała wynaleźć jaką wymówkę, pozór, wykręt, ale już było za późno. Do pokoju wszedł człowiek w sile wieku, trzydziestokilko-letni, blondyn, kształtnie zbudowany, wysoki, o jasnych oczach, uśmiechnięty.
Pani Adamowa, nie mogła się oprzeć zdziwieniu; sądziła, że siostrzeniec przyjdzie do niej zgnębiony, smutny, że uderzy w pokorę,