Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przejrzałam jego kieszenie, ażem krzyknęła z podziwu!... Czego tam nie było?... Kreda, gwoździe, chłopski kozik, kawałek siarki, ołówki, chleb, stare bułki, pusty kałamarz, złamana linia, pudełko po papierosach, czerwona farba, piłka, masa sznurków, kawałki drzewa, guziki mosiężne, szkło z okularów...
— Ależ to istny magazyn! — zawołała panna Eugenia.
— Raczej śmietnik — rzekła pani Adamowa z oburzeniem. — O! nie zapomnę nigdy tej chwili... Było późno, godzina jedenasta w nocy... Rozłożyłam te rupiecie na stole i zawołałam mego męża. — Zobacz Adasiu, mówię. Za głowę się złapał!... Wtenczas oboje przyszliśmy do przekonania, że z tego chłopca nic nie będzie, że wyrośnie na Letkiewicza, i tak się też stało.
— Proszę pani — wtrącił pan Dulski — każdy chłopak nosi pełne kieszenie drobiazgów.
— Przepraszam... Nieboszczyk mój mąż mówił mi, że będąc w wieku Stasia, miewał przy sobie tylko chusteczkę do nosa — i nic więcej — bo też mój Adaś inaczej był wychowany. Nie rozpuszczono go, jak tego urwisa... Ale to wszystko jeszcze nic. Mąż mój kazał mu przerobić ubranie ze swego. Materyał prześliczny, mąż używał go przez ośmnaście lat, myślałam, że chłopak dotrzyma, no, choćby dziewięć, niech pięć, niechby wraszcie trzy lata!... Zgadnijcież państwo, jak długo nosił?