Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Słowo w słowo pani powtarzam, a zna mnie pani, że nie kłamię.
— Jak to jednak czasem i w pustej głowie coś błyśnie. Oczywiście, gdyby prosił, musiałabym odmówić, a to zmartwiłoby mnie ciężko. On wie, że ja mam dobre serce... Nie wymawiam, ale nieraz tego doświadczył. Gdy stracił rodziców, powiadam państwu to było okropne, oboje umarli w jednym kwartale!! Otóż, gdy stracił rodziców, wzięliśmy go chwilowo do siebie. Co ja temu chłopcu w głowę nakładłam, wszystko na nic! Mówię: Stasiu, jesteś sierota, bądź więc zawsze spokojny, cichy i gładko uczesany... Myślicie państwo, że słuchał?... Spokojny był, jak kobiałka za wozem, a głowa! istne wronie gniazdo! Prosiłam męża, żeby go kazał ostrzydz króciutko, przy samej skórze... Rzeczywiście, przez jakieś trzy tygodnie był podobny do ludzi, ale później... prawdziwy jeżozwierz!
— No, to pani dobrodziejko, jeszcze nie zbrodnia...
— Ale nieporządek, panie łaskawy, a nieporządek prowadzi do najgorszych następstw. Trzeba było widzieć jego krawat! Myślicie państwo, że kokarda z przodu? Nigdy; zawsze z tyłu, albo z boku. Jeżeli nie za uchem. U kamizelki miewał zaledwie dwa guziki, u surduta jeden. Dziś kazało się przyszyć, jutro znowuż to samo! Wszystko na nim trzymało się na sznurkach i rzemykach, a gdy raz w nocy