Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Starsze panie zbliżyły się, niebawem powrócił ze stacyi i mąż pani Zenobii, smutny i przygnębiony.
— Cóż pan Wacław? — spytała go żona.
— Mówi, że chory, odjechał... przyrzekłem, że jak tylko wrócimy, przyjdę do niego i właśnie chciałbym cię prosić, abyśmy wracali jak najprędzej. Statek lada moment nadejdzie...
— Już? — rzekła panna Jadwiga.
— Tak, trzeba, moje dziecko... przyrzekłem, muszę u niego być. Nie wiem co jest, co powie lekarz...
— Może chwilowa niedyspozycya...
— Może... a może rzecz poważna... Człowiek w jego wieku.
— Wygląda dość młodo — rzekł pan Antoni.
— No tak... ja też nie mówię, że jest stary, ale też i nie młodzik — trzeba śpieszyć... państwo nie wezmą nam za złe...
— Mamo — rzekł młody człowiek, — cóż my tu sami robić będziemy? Wracajmy razem wszyscy...
Całe towarzystwo udało się ku przystani, pan Antoni szedł naprzód obok panny Jadwigi, która posmutniała nagle.
— Nieznośny dziad — mówiła, — całą zabawę nam zepsuł.
— Mamy jeszcze — odrzekł młody człowiek — dużo przed sobą...
— Jakto, panie...