Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Kto znał w swoim czasie dwóch wujaszków Letkiewicza i dwie jego ciotki, wiedział, że są to mężowie i damy z dobrem sercem; nie było też dla nikogo sekretem, że kiedy Stasiek, mając dwanaście lat życia, stracił rodziców i został na świecie sam jeden, bez funduszów i bez sposobu do życia, wujowie pośpieszyli natychmiast z pomocą i z książęcą hojnością dawali mu... nauki moralne.
Nie jest to wina wujów, ani ciotek, że te perły odskakiwały od chłopaka, jak groch od ściany. Wogóle był on dla swych krewnych przedmiotem ciężkich zmartwień. Młodsza z ciotek jego, pani Adamowa, wdowa po wujaszku Adamie, staruszka dotychczas jeszcze w dobrem zdrowiu żyjąca, lubi opowiadać, jak ciężkie utrapienie miała ze swym siostrzeńcem.
Jest dzień letni, godzina czwarta po południu; najwłaściwsza pora podwieczorku dla osób jadających obiad, według dobrego starego obyczaju, w samo południe, o dwunastej.
Pani Adamowa mieszka w mieście, ale tak jakby na wsi, dom jej bowiem położony przy samej rogatce, tonie w zieleni ogrodu, ma obszerne podwórko i zabudowania gospodarskie, w nich dwie krowy, specyalnie dla masła i śmietanki, gdyż te produkty na targu bywają zwykle fałszowane; parę starych wypasionych klaczy, ponieważ dorożkarskie bywają zwykle narowne i niebezpieczne. Jest wreszcie w tych