Strona:Klemens Junosza - Wyrwane kartki.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Nie dla handlu przybywam.
— A dlaczego? Każdy interes jest handel i nie ma takiego na świecie, żeby nie dążył do zysku.
— Ależ, panie Piernik, co pan mówisz? A miłość, poświęcenie, cnota!
— Ja się na tem nie znam. Słyszę często wyraz miłość, podobno najczęściej wymawiają go młode usta. No, młodość jest niedoświadczona i głupia. Panicz chce się żenić z panienką; powiada, że ma gorącą miłość. Nie słuchaj pan, on ma w hypotece gorącość, a ta miłość, której on szuka, nazywa się posag. Żebym ja tyle zdrowia miał, ile zrobiłem ostrzeżeń na miłościach, zwyczajną drogą, przez illacyę! Cztery razy już subhastowałem miłość, a raz przyczyniłem się do tego, że była sprzedana przez licytacyę w drodze działów.
— Odbiegamy od głównego przedmiotu rozmowy, jaką chcę z panem przeprowadzić.
— Co pan chcesz prowadzić?
— Chciałem poznać pańskie światłe zdanie o pewnych bardzo palących kwestyach.
— No? Chcesz pan asekurować jaką starą ruderę? Oj, oj, ja mam znajomego agenta. Złoty człowiek! On potrafi.
— Nie, panie, oprócz powłoki doczesnej, nie mam innej rudery.
— Więc co?
— Proszę pana o godzinkę rozmowy.
— A co ja z tego będę miał?
— Dużo...
Jankiel Piernik skinął głową, a jednocześnie szkapa, wypocząwszy trochę, ruszyła. Jankiel wdrapał się na biedkę.
— Ja panu co powiem — rzekł — w sobotę wieczorem będę w domu... pogadamy. Przyjedź pan.
— Przyjadę...

Klemens Junosza.